Klenie i jazie na koniki polne

rzeka_kleniowo-jaiowa mała_rzeczka_na_mazowszu

Jak kiedyś łowiłem klenie i jazie na koniki polne?

W wieku ok.6-7 lat zacząłem przygodę z rzecznym wędkarstwem na małej, dzikiej rzece, która obfitowała w ryby typu biały drapieżnik tj. klenie i jazie. Jako, że były to czasy w których zdobycie dobrego sprzętu wędkarskiego graniczyło z cudem, wykorzystywało się wszelkie pomysły, które mogłyby pomóc w miarę normalnych i przyjemnym wędkowaniu.

Kiedy po raz pierwszy próbowałem łowić jazie i klenie metodą powierzchniową dysponowałem ciężkim, szklanym teleskopem z kołowrotkiem typu no-name i żyłką o nieokreślonej grubości i wytrzymałości. Zestaw składał się z sygnalizatorów wytworzonych ręcznie, a raczej wystruganych. Były to krótko mówiąc małe elementy wycięte z kory drzewnej. Nazywaliśmy je „koreczki”. Montowaliśmy ok. 3 sztuk do żyłki w odległości ok. 10 cm. Od tego odchodził przypon lub bezpośrednio do żyłki był montowany haczyk.

Dlaczego koreczki wytwarzaliśmy z kory i drewna? Chodziło oczywiście o zachowanie naturalnego koloru. Często po zarzuceniu zestawu prąd znosił całość powodując, że haczyk z owadem znajdował się blisko wspomnianych koreczków. Zbyt intensywny kolor spowodowałby zapewne, że rybom zapaliłaby się lampka ostrzegawcza.

zestaw_powierzchniowy
schemat zestawu na klenie

Koreczki pełniły też rolę sygnalizatora oraz obciążenia. Poza tym kora utrzymuje się na powierzchni co stanowi podstawę takiego łowienia.

Koniki polne i muchy na rzeczne klenie i jazie

Najlepszymi przynętami były żywe owady tj. koniki polne, ćmy, nawet pająki oraz uwaga! – muchy. Tak zwykłe małe muchy sprawdzały się wręcz idealnie. Ciężko było je zdobyć, dlatego wymyśliliśmy na to dobry sposób. Otóż łapaliśmy je w pomieszczeniu na działce używając łapki na muchy oraz lepu. Trzeba było tak uderzyć muchę, aby jej zbytnio nie uszkodzić, tylko lekko oszołomić. Zbyt mocne uderzenie powodowało, że z muchy zostawała miazga, a przecież nie o to chodziło. Lekko zakręcone muchy najczęściej zamykaliśmy w pudełku po zapałkach i zabieraliśmy nad wodę. Muchy były tak skuteczne, że najszybciej ich brakło, dlatego wspomagaliśmy się też wspomnianymi innymi owadami.

konik_polny.Przynęta_wędkarska
konik

Koniki polne łapaliśmy na bieżąco – w końcu rzeczka płynęła wśród pól obrośniętych trawami lub łapaliśmy je na zapas w słoiczki. (Wyobraźcie sobie wędkarza skakającego na łące za konikami 🙂 )Koniki posiadają pewną zaletę – są cięższe, żywotniejsze, a te ze skrzydełkami dłużej utrzymywały się na powierzchni wody. Trzeba przypomnieć, że każdy owad który zdążył wyzionąć ducha na haczyku przed atakiem ryby, nie prezentował się już tak okazale jak żywy. Konik zaraz po założeniu na hak próbował się wydostać i wytwarzał jeszcze przez jakiś czas naturalne wibracje co powodowało natychmiastowe zainteresowanie ryb. Trupek zaś, który już się nie ruszał, zazwyczaj leciutko nurkował pod wodę i to powodowało nieco nienaturalne zachowanie. Inna sytuacja była z muchami. Rybom nie przeszkadzało zupełnie to, że się nie ruszały i lekko nurkowały. (Założona na haczyk mucha zazwyczaj od razu zdychała).

Jazie na pająki krzyżaki

Dziś uśmiecham się w duszy, jak przypominam sobie jakie przynęty wymyślaliśmy, aby skutecznie połowić. Będąc nad wodą otaczało nas mnóstwo naturalnych pokarmów ryb wpadających do rzeki. W okresie letnim przede wszystkim były to owady, w tym też… pająki. Jeśli któryś został zlokalizowany na pajęczynie, zazwyczaj za chwilę lądował na haczyku. Był jednak mały problem, ponieważ jako dzieciak nasłuchałem się niektórych opowieści o ukąszeniach i przyznam szczerze, że miałem lekkiego stracha przed złapaniem go w dłonie, szczególnie jeśli w grę wchodziły duże krzyżaki. Na to też znaleźliśmy jednak sposób. Wystarczyło przycisnąć pajączka do jakiejś powierzchni byle jakim pudełkiem, ale tak aby go nie zgnieść, a następnie dwoma palcami bez dotykania nadziewało się „bestię” na haczyk. Po całym zabiegu pająk musiał natychmiast wylądować w wodzie co zazwyczaj kończyło się złowieniem ładnego jazia.

Technika łowienia na koniki polne i inne owady

Cała technika takiego łowienia polegała na tym, że zestaw musiał być bardzo lekki. Po pierwsze chodziło przede wszystkim o to, aby zarówno sygnalizatory jak i przynęta utrzymywały się na powierzchni lustra wody. To powodowało niestety często pewne problemy techniczne związane z posłaniem zestawu w odpowiednie miejsce. Jeśli mielibyśmy wspomnieć o jakichkolwiek wadach takiego łowienia to właśnie na to nadszedł czas. Muszę wspomnieć, że w tamtych czasach dysponowaliśmy archaicznym sprzętem, a więc ciężką wędką i zazwyczaj jakąś grubą żyłką, które tylko przeszkadzały w komfortowym łowieniu. Dziś wiadomo, że do leciutkiego zestawu potrzebna jest ultralekka wędka, oraz cienka żyłeczka, które pozwolą na wykonanie odpowiednich rzutów. Ja czymś takim nie dysponowałem, więc znów trzeba było temu jakoś zaradzić.

Przede wszystkim łowiłem tą metodą na małej rzece, gdzie dojście do odpowiednich miejscówek z przebywającymi rybami nie stanowiło problemu, o ile zachowało się ciszę. Następnie puszczało się cały zestaw z prądem przełączając kabłąk na luz, czyli stosowało się coś na zasadzie „wypuszczanki”. Brania były zazwyczaj bardzo widowiskowe. Klenie i jazie atakowały z powierzchni przynętę powodując nieco hałasu oraz… przyspieszone bicie serca. W tym momencie należało momentalnie zamknąć kabłąk kołowrotka i przyciąć. Czasami dalej puszczony zestaw był mniej widoczny, więc należało obserwować wspomniane koreczki. Każdy nienaturalny ruch był powodem do zacięcia. Od i cała filozofia.

Woblery i Smużaki na dzisiejsze klenie i jazie

Czy te metody sprawdziły by się dzisiaj w dobie smużaków, specjalistych woblerów powierzchniowych i innych sztucznych owadów sprzedawanych w sklepach wędkarskich? Oczywiście! Śmiem twierdzić, że naturalne przynęty są jeszcze skuteczniejsze. Woblery, co prawda coraz to bardziej przypominają naturalne zachowanie owadów, jednak tylko przypominają, mają swoje określone zadanie – oszukać rybę. Prawdziwe owady, którymi żywią się ryby nie muszą niczego udawać. Wszak są naturalne.

Smużak_Wobi_Kon
Wobi Kon

Polecam wam tą archaiczną metodę. Planując wyprawę na klenie i jazie, zabierzcie ze sobą drugą lekką wędkę. Nie musicie dzisiaj już skrobać kory, wystarczy kawałeczek spławiczka w naturalnym kolorze. Nie musicie też łapać much, kupcie paczkę białych robaków za 2 zł i zostawcie je na kilka dni na słońcu. Muchy same się wylęgną. Załóżcie na druciany, cienki haczyk owada i poślijcie go z prądem rzeki. Liczę na to, że będziecie zadowoleni.

A jeśli nie, zawsze można spróbować użyć spinningu i imitacji koników tj. Hopper Imago Lures, Konik Polny Hegemon lub Grasshopper Microbait